Nie, Kindle nie jest aspołeczny dlatego, że wciągnięci w lekturę zapominamy o ludziach wokół nas. Jako czytnik e-booków jest świetny. Technologia, w której wykonany jest ekran, robi niesamowite wrażenie – naprawdę prawie jak prawdziwy papier, choć bardziej jak nadruk na jasnoszarym plastiku, co umożliwia zdecydowanie bardziej komfortowe czytanie niż z ekranu komputera / iPada. Wybór książek jest ogromny (w Polsce prawie 700 tysięcy tytułów, choć praktycznie żadnych po polsku), ceny niższe niż dla wydań papierowych, a na dostawę czeka się kilkanaście sekund zamiast dni. W dodatku można za darmo pobrać pierwszy rozdział każdej książki, co dla mnie jest dużą zaletą, bo w przypadku wielu kończyło się po kilkunastu/kilkudziesięciu stronach. Całą bibliotekę można zabrać ze sobą w dowolnie długą podróż, bo bateria wydaje się starczać na miesiąc czytania (z wyłączonym WiFi, bez 3G). Gdy zmęczy nas czytanie, możemy włączyć tryb „text-to-speech” i książkę zacznie za nas czytać lektor. Ma trochę problemów z interpunkcją, ale da się zrozumieć. Poza lekturą zakupioną w Amazon można też czytać własne dokumenty (PDF, DOC, TXT…) – wrzucone wprost z komputera lub przekonwertowane przez Amazon na odpowiedni format (po wysłaniu e-mailem na konto naszego Kindle). Kindle ma nawet przeglądarkę internetową, więc przy odrobinie wytrwałości można poczytać wiadomości na stronach www, choć ze względu na trudną nawigację, sporą bezwładność ekranu i brak kolorów, lepiej ograniczyć się do blogów, które najlepiej zasubskrybować przez serwis typu Google Reader. Na dodatek kabel łączący Kindle z komputerem to standardowe micro USB, więc jeden mniej do zgubienia.
Ale dlaczego właściwie aspołeczny? Przecież Kindle umożliwia dzielenie się podkreśleniami i notatkami do posiadanych przez nas tytułów z innymi ich czytelnikami (świetny sposób na komunikowanie się dla agentów i terrorystów), a nawet publikowanie cytatów na Twitterze i Facebooku. Po pobraniu kilkunastu książek uświadomiłem sobie, że nigdy nie staną na mojej półce, nigdy ich nikomu nie pożyczę, a jak zaczną mi zabierać miejsce, nie oddam ich do biblioteki. Tak właśnie robiłem dotychczas. Znajomi, którzy mnie odwiedzali, penetrowali regały z książkami i coś pożyczali, często bezzwrotnie. Regularnie oddawałem do bibliotek publicznych książki, których już nie potrzebowałem – tam mają drugie życie. Z Kindle jest to niemożliwe. Jeszcze niedawno działały podobno jakieś serwisy internetowe umożliwiające wypożyczanie książek pomiędzy użytkownikami Kindle, ale Amazon zakończył z nimi współpracę i jak na razie nic nie słychać o tym żeby sam miał udostępnić taką możliwość. A przecież nie pożyczę komuś całego czytnika. Raz kupiona książka pozostanie już moja, żadna biblioteka nie dostanie jej gdy już mi się znudzi. Nikt też nie zobaczy okładki książki, którą będę czytał w kawiarni, w metrze czy w parku i nie pomyśli „może też warto to kupić i przeczytać?” (nie pamiętam gdzie czytałem artykuł o śmierci okładki…). Z takim gadżetem w ręku jak Kindle można za to wyjść na nowoczesnego intelektualistę.
Ale nawet Kindle nie przebije gadżetu, który kupiłem wczoraj – elektryczna wyciskaczka do owoców. Najzwyklejsza, za 50 zł, z pobliskiego supermarketu (w internecie można takie kupić za 25 zł). Z jednej pomarańczy i połówki grapefruita w 3 minuty, włączając czas na umycie sprzętu, dostaniecie szklankę pysznego, zdrowego soku. Nie ma porównania z tymi z kartonu. Polecam tak samo gorąco jak czytanie książek.
PS. Nie wiecie czy są jakieś skutki uboczne związane z przedawkowaniem cytrusów?
Internet jest doskonałym narzędziem do wyrażenia sprzeciwu czy swojego niezadowolenia. Z naszego poletka marketingowego, koronnym przykładem jest akcja nieposłuszeństwa konsumenckiego mStop / Nabici w mBank. Tak zwane „media społecznościowe” ułatwiają dzielenie się opiniami i doświadczeniami nt. produktów i usług. Tak się jakoś składa, że, przynajmniej w Polsce, chętniej dzielimy się doświadczeniami negatywnymi niż pozytywnymi. Sprawdza się teoria, że zadowolony klient powie o tym jednej osobie, a niezadowolony – dziesięciu. Takie wynalazki jak fora dyskusyjne, blogi czy inne Facebooki każą te liczby pomnożyć przynajmniej razy 10. Jak powiedział Elliot Carver w „Tomorrow never dies” – „there’s no news like bad news„.
Z punktu widzenia człowieka reklamy martwi mnie to, gdyż sprawia, że moja praca polegająca głównie na budowaniu wizerunku marek i przekonywaniu ludzi, żeby wybrali produkt (a w zasadzie markę) A, grając głównie na ich emocjach, jest często bezwartościowa. Co z tego, że uda się kogoś namówić do zakupu, jeśli sam produkt jest kiepski? Nie dość, że sam się zrazi, to jeszcze powie o tym ludziom na całym świecie. Natomiast jako konsumenta, ta sytuacja bardzo mnie cieszy. Wymusza bowiem na producentach to, żeby produkty były naprawdę dobre, a obietnice opisywane w briefach reklamowych miały pokrycie w rzeczywistości.
Do tych dosyć oczywistych przemyśleń o dzieleniu się frustracją przez Internet skłonił mnie jednak poważniejszy temat z artykułu w piątkowej Wyborczej. Dotyczy on organizowania się przez Internet ludzi niezadowolonych nie z pasty do zębów czy wysokich stóp kredytów hipotecznych, lecz tyranii rządzących Iranem. Sprawa dotyczy Majida Tavakoli, który został aresztowany za publiczne wygłoszenie antyrządowego przemówienia na jednym z Irańskich uniwersytetów (nagranie przemówienia na YouTube). W wiadomościach telewizyjnych pokazano go później w czadorze, czyli damskim przebraniu, które miało go zdyskredytować (nagranie wiadomości na YouTube). Ta akcja przyniosła jednak zupełnie odwrotny skutek, gdyż ludzie… zaczęli publikować swoje zdjęcia i nagrania w czadorach, solidaryzując się w ten sposób z Majidem. W ten sposób, dzięki Internetowi, stworzyła się akcja „We are all Majid Tavakoli”.
Drżyjcie więc pasty do zębów, drżyjcie tyrani narodów. Ludzie mają władzę. Dzięki niecenzurowanemu Internetowi. Microsofcie, zastanów się jeszcze raz nad swoją obecnością w Chinach.
Jak podaje clickz.com, Amerykanie spędzają coraz więcej czasu na Facebooku, między innymi kosztem serwisów należących do Google i Microsoftu. Jak widać z poniższego zestawienia, średni miesięczny czas spędzony przez jednego użytkownika na Facebooku znacząco przekracza czas spędzony przez niego na serwisach Google i MS razem wziętych! W zasadzie, gdyby dorzucić do tej dwójki Yahoo! to, cała trójka ledwie wygrywa z FB.
Top 25 Parent Companies/Divisions at Home and Work, October 2009
Parent Unique Audience (000) Time per Person (hr:min:sec)
Google 156,635 2:34:50
Microsoft 138,773 2:06:16
Yahoo! 134,745 3:06:11
Facebook 107,482 6:09:48
AOL LLC 91,205 2:30:32
News Corp. 79,817 1:28:46
Jak widać, social wciąga. I marszowi Facebooka nie przeszkadza nawet zauważony ostatnio przez niektórych obserwatorów odpływ osób przed 25 rokiem życia, spowodowany podobno pojawieniem się na tym serwisie ich rodziców. A wiadomo, że gdy pojawiają się starzy, impreza się kończy.
Dziennik.pl poinformował niedawno, iż rząd planuje rękami UKE cenzurować Internet blokując dostęp do „stron zawierających niebezpieczne treści”. Sprawa dotyczy głównie serwisów umożliwiających hazard, ale nie tylko. Generalnie, trąci trochę Chinami, choć nie twierdzę, że takie działanie nie jest zupełnie pozbawione sensu.
Jakiś czas temu toczyła się debata na temat cenzury wypowiedzi w Internecie, zapoczątkowana przez Jacka Zakowskiego. Przyznam, że mnie również irytują bezsensowne, obraźliwe i kłamliwe komentarze i innego rodzaju „debaty” prowadzone anonimowo przez wszelkiej maści trolle internetowe. Niestety, anonimowość sprawia, że ludzie piszą co im ślina na język przyniesie, często tylko po to, by zgodnie z naturą Polaka, pokłócić się, nawet jeśli nie wierzą w to, co mówią. Co jakiś czas wraca więc do mnie jak bumerang myśl o Internecie, do którego trzeba się zalogować używając swojej prawdziwej tożsamości. W oczywisty sposób podniosłoby to jakość dyskusji w sieci, bo ludzie bardziej pilnowaliby swoich języków.
I tutaj pojawia się Facebook. Dla mnie to jak Internet w Internecie, tylko lepszy. Lepszy w tym sensie, że każdy podpisuje się swoim nazwiskiem i facjatą, a więc bierze pełną odpowiedzialność, za to co publikuje. Dzięki temu między innymi nie ma tam raczej „hejterskich” komentarzy. Pomaga zapewne też to, że każdy obraca się w kręgu swoich znajomych, co powstrzymuje przed krytykowaniem, wylewaniem jadu i swoich frustracji. W ten pozytywistyczny klimat wpisuje się także brak przycisku „Don’t like”, co z resztą nie podoba się wielu polskim użytkownikom Facebooka. Bardzo znamienne :)